BLOG

wedrowycz banner1

Krwią dogaszają

Chińskie przekleństwo brzmi: "obyś zył w ciekawych czasach".

Dziś został zamordowany kolejny ekspert zaangażowany w sprawę Smoleńska i publicznie krytykujący ustalenia rządowych ekspertów… Która to już ofiara? Coś wiedział czy może chodzi o próbę zastraszenia całego środowiska? Minister sikorski skamlał o poparcie UE dla odzyskania wraku Tupolewa. Mimo tak licznych poszlak nadal są ludzie przekonani, że zamach należy wykluczyć, międzynarodowa komisja jest zbędna, a zwolennicy PiS to oszołomy.

Za dwadzieścia lat wezmę do ręki książkę opisującą nasze czasy. Ciekawe jak wiele spraw do tego czasu będzie już wyjaśnionych. Czy wini zostaną ukarani? W to akurat wątpię…

O ewakuacji

III RP wśród setek zaniedbań i zaniechań pozostawiła naszych rodaków samych sobie. Od 1989-tego nie sformułowano żadnego długofalowego programu EWAKUACJI tych ludzi. Olano nawet propozycję B.Jelcyna który proponował przesiedlenie wszystkich Polaków do Kaliningradzkiej obłasti i przyłączenie jej do III RP. (pytanie na ile poważne to były propozycje). Można było poprosić o wsparcie polonię żyjącą na zachodzie. Pewnie coś by dorzucili. Ziemi odłogiem leża u nas setki tysięcy hektarów… Pomieścilibyśmy ich.

*

Władza w przypływie dobrego humoru rzucała czasem jakiś ochłap na wsparcie polskiego szkolnictwa czy mediów, czasem fundnęła komuś stypendium, lub zdobyła się na wsparcie akcji humanitarnych. Częściej przedwojenni obywatele II RP jak relikwie przechowujący stare dokumenty traktowani byli per noga przez pracowników naszych ambasad i konsulatów. Wielu o prostu nie stać na horrendalnie drogie wizy. Inni wydają się „podejrzani”. Karta Polaka nie rozwiązała żadnych problemów a jak ujawniły media dla niektórych pseudodyplomatów handel kartami i wizami stał się dodatkowym źródłem zysku. Za parę tysięcy euro dostawali je nawet ludzie nie mający kropli polskiej krwi w żyłach.

*

Weterani AK którzy przeszli piekło stalinowskich łagrów często zdychają w nędzy nie doczekawszy się nawet pisemnego podziękowania od jakiegoś urzędasa i medalu na pierś. Ostatnie lata życia w Ojczyźnie, za którą przelewali krew spędzili bardzo nieliczni i niewielka tu zasługa władz, bo przeważnie do kraju ściągnęły ich rodziny, fundacje i prywatni darczyńcy. III RP nie tylko nie pomyślała o wypłaceniu im rent i emerytur (byli przecież członkami sił zbrojnych Państwa Polskiego!) ale nawet ich potrafiła szykanować – czego dowodem była nie tak dawna rewizja starców-weteranów na dworcu w Teresopolu. Celnicy-głąby szukali w ich bagażach …narkotyków.

*

Musimy pogodzić się z utratą Kresów. Zachować ich dorobek, wspierać opiekę na zabytkami naszego niegdysiejszego tam panowania. Ale ze świadomością, że już przepadło. Definitywnie. Nigdy nie odbijemy Lwowa ani Wilna. Nie mamy po temu środków militarnych. Brak nam pieniędzy by zagospodarować odzyskane tereny. Brak ciśnienia demograficznego – nawet jeśli wygnamy autochtonów nie osiedli się tam wystarczająco wielu Polaków by dokonać repolonizacji choćby terenów należących do II RP. Tak jak niemcy nigdy nie wrócą na Warmię i Mazury (no chyba, że się Turcy wkurzą i niemiaszków wygonią z faterlandu). Skoro już tam nie wrócimy, po co nam ta forpoczta „punkty oparcia” w postaci polskich wsi nad Berezyną czy za Uralem? Czy nie lepiej by ci ludzie żyli i pracowali u nas?

*

Dla Polaków żyjących w krajach WNP należało stworzyć program repatriacji. Nie wszyscy oczywiście chcieliby porzucić ziemię, w którą wrośli od paru pokoleń i wrócić do kraju, z którego ostatnio ucieka kto tylko może. Może wystarczyłoby sprowadzać 50 tyś rodzin rocznie by w kilkanaście lat zaspokoić tęsknoty i marzenia tych - zdolnych jeszcze do polskich tęsknot i marzeń? Reszta? No cóż ulegnie z czasem rusyfikacji i ukrainizacji… Należy ocalić tych, który jeszcze chcą być naszymi rodakami. Na resztę – położyć krzyżyk, oni też przepadną. Roztopią się w obcym etnosie.

*

Ostatnim aktem kończącym nasz 700 letni pogram kolonizacyjny na wschodzie powinny być ekshumacje w Katyniu, Charkowie, Miednoje i powrót ciał polskich oficerów do domu. Do cmentarza-mauzoleum ofiar NKWD. Może pod Warszawą. Może koło Krakowa, albo Częstochowy. Może na polach opodal Gniezna. Godnych miejsc u nas dostatek. Ci ludzie też powinni spocząć w ojczystej ziemi. Otwarta rana stopniowo przyschnie. A różnym lewicowym głąbom dobrze zrobi stanąć na wzgórzu i spojrzeć na 42 tysiące krzyży…

*

Polska stoi dziś wobec totalnej katastrofy demograficznej. Może zatem ewakuacja jest odpowiedzią i na ten problem? Sprowadzić etapami w kilka lat dodatkowy milion Polaków, dla których osiedlenie się w naszym kraju będzie spełnieniem marzeń. Wydać im wizy tymczasowe. Po paru latach – prawo stałego pobytu, po ćwierćwieczu – obywatelstwo. Kto narozrabia – w kajdanki i won za Bug.

*

Nieopodal mojego Dziadka mieszkał repatriant z Syberii. Wrócił z ostatnią falą – po śmierci Stalina. Przywiózł rodzinę, jedną walizkę dobytku i jedną siekierę. Dano mu kawałek ziemi po wysiedlonych Ukraińcach. Kilka lat nowi sąsiedzi mieszkali w ziemiance. Jedli kartofle gotowane w mundurkach – z oszczędności by nie marnować obierek… Dorobili się powoli, najpierw własnej krowy, potem konia, postawili dom. Ludzie szanowali ich za to, jak ciężko pracowali… Trochę pomagali, dawali zarobić parę groszy. I repatrianci stanęli na nogi. Powrót do Ojczyzny wyzwolił w nich pokłady uśpionej energii i nadludzkie siły.

Hańba Onz

Na początku XX wieku car Mikołaj II zaniepokojony zaogniającą się sytuacją na świecie zaproponował stworzenie międzynarodowego sądu arbitrażowego – organizacji mającej pokojowo i obiektywnie rozstrzygać spory międzypaństwowe. Prace nad ukonstytuowaniem tego ciała przerwała wojna. Po niej powstała Liga Narodów, której kontynuacją jest ONZ. Wkład cara Mikołaja w powstanie ONZ nie jest powszechnie znany – choć w holu głównego gmachu umieszczono jego popiersie oddając mu tym samym hołd jako inicjatorowi organizacji…

Szlachetna idea niestety błyskawicznie zwyrodniała i zdegenerowała się. Już Liga Narodów wykazała się indolencją i bezwładem organizacyjnym. W zasadzie jedynym jej osiągnięciem wartym wspomnienia jest stworzenie międzynarodowej platformy dla współpracy uczonych różnych krajów.

Działania Narodów Zjednoczonych to długie pasmo hańby i ludobójstwa. Do organizacji przyjmowano ludożercze reżimy odmawiając jednocześnie uznania dla legalnie istniejących Państw (przykładem jest przypadek przyjęcia Chin Ludowych i wykluczenia Tajwanu).

To ONZ wprowadził globalny zakaz stosowania DDT co spowodowało pandemię malarii i śmierć 50-100 milionów ludzi w ciągu 50 lat.

To ONZ nie reagował na zbrodnie komunistyczne.

To na trybunie ONZ Chruszczow walił butem w mównicę grożąc światu rozpętaniem atomowej apokalipsy i żaden technik nie pomyślał nawet by odłączyć burakowi mikrofon.

To ONZ wysyłał misje stabilizacyjne nie tam gdzie trzeba.

To ONZ totalnie i nieodwracalnie skompromitował się w czasie wojen w byłej Jugosławii, a masakra w Srebrenicy bezpośrednio obciąża sumienie organizacji.

To ONZ o lat naciska w sprawie legalizacji aborcji w Afryce i Ameryce Południowej.

I wreszcie ostatni pomysł – naciski w sprawie likwidacji „okien życia”.

Mad Max po norwesku

Władzuchna kochana po raz kolejny zaostrza warunki zdawania na prawo jazdy. Więcej pytań testowych, mniej czasu na zastanowienie, prawdopodobnie trudniejszy egzamin praktyczny. Cel tych działań? Teoretycznie - poprawa statystyk wypadków. Prawdopodobnie chodzi po prostu o maksymalne wyczyszczenie kieszeni przyszłych kierowców… Szkoły jazdy się cieszą – są oblężone. Jest to jednak radość umiarkowana – po dominuje świadomość, że to już ostatnie takie żniwa. Kryzys, ceny paliwa, problem z zarobieniem na własne 4 kółka sprawią, że wielu młodych ludzi odłoży zdobycie tej umiejętności na bliżej nieokreśloną przyszłość. Wyśrubowanie przepisów spowoduje ze ludzie zagłosują nogami. Będą odbywać kursy i zdawać egzaminy na Ukrainie, Słowacji, w RFN, na Wyspach Brytyjskich – bo wszędzie tam gdzie naszych rodaków rzuca los w poszukiwaniu pracy egzaminy są łatwiejsze a w niektórych krajach nawet tańsze (choć akurat w Szwecji kurs + egzamin to bodaj 12 tyś zł na nasze…). W USA nie trzeba nawet kursu – można zdawać egzamin wchodząc z ulicy. W Urugwaju ponoć prawko wydaje się każdemu chętnemu po uiszczeniu opłaty skarbowej ok 20$ - choć ta ostatnia informacja może być tylko legendą.

Co mogłoby poprawić warunki na drogach?

Po pierwsze poprawa samych dróg. Jeśli 20% wypadków spowodowanych jest stanem nawierzchni a kolejne 20% niedostosowaniem szybkości do stanu technicznego drogi… Niestety akcyza za paliwa idzie nie na remonty dróg i budowę autostrad, ale do budżetu. Korwin Mikke wyliczył kiedyś ze gdyby przeznaczać akcyzę na cele drogowe Polska budowałaby 1500 km. autostrad ROCZNIE.

Po drugie stan taboru – Polacy często jeżdżą doraźnie reanimowanymi trupami aut. Sytuacja bardzo się poprawiła, od kiedy z UE sprowadza się używane auta bez cła – ale droga przed nami ciągle jeszcze długa. Nadal przeciętne zarobki są nieadekwatne do cen nowych aut… Dodajmy, że pojazdy im nowocześniejsze tym bezpieczniejsze.

Po trzecie poziom kultury użytkowników drogi. On też się poprawia, ale trzeba chyba kilku pokoleń zanim osiągnie poziom np. Skandynawii.

*

To było w 1999 roku trafiłem z Ojcem do Bodo – na północy Norwegii. W miasteczku był akurat jakiś wielki zlot motocyklistów. Idziemy sobie chodnikiem a ulicą nadciąga kawalkada jak prosto z planu filmowego „Mad Maxa” skóry, łańcuchy, hełmy z rogami. Skóra cierpnie czy nam nie wklepią, ot tak z nudów… Podchodzimy do przejścia dla pieszych a tu cała ta dzika banda grzecznie staje i nas przepuszcza

Carska Rosja

Była KOLOROWA. 

http://avaxnews.net/educative/Early_20th-century_Russia_in_Color_Photos_by_Sergey_Prokudin-Gorsky.html

Zachęcam!

Z podziękowaniami dla cranberry

 

 

Raport z budowy piramidy

Umieszczam tu mój felieton napisany wiosną 2012.

 

Raport z budowy piramidy.

        Jestem prostym człowiekiem więc otaczających mnie ludzi dzielę na cztery kategorie. Przyjaciel to ktoś podobny do nas. Ktoś z kim lubimy przebywać. Z kim mamy, o czym pogadać, z kim możemy robić interesy, iść na wyprawę, napić się piwa albo w inny sposób spędzić czas. Sojusznik to ktoś podobny do nas ale z kim nie utrzymujemy na co dzień kontaktów. Możemy sprzymierzyć się i pracować razem dla osiągnięcia jakichś celów. Przeciwnik to ktoś podobny do nas – w zasadzie porządny gość – który pechowym splotem wypadków chce posiąść te same dobra co my. Wróg to świnia i kanalia, ktoś kto zrobi wszystko by zwinąć nam sprzed nosa łup, albo podstawi nam nogę „tak-dla-jajec” z czystej małpiej złośliwości.

Podsumowując. Przyjaciel pożyczy nam wykrywacz metalu abyśmy mogli szukać skarbu. Sojusznik podzieli się wiedzą i pomoże wykopać – choć zapewne zechce byśmy mu odpalili jego działkę. Przeciwnik zechce wykopać garnek dukatów pierwszy, ale gdy spotkamy się na polu nie zaciuka nas łopatą tylko zacznie przeszukiwać areał od drugiego końca. Wróg spróbuje nas z pola przegonić, a gdybyśmy złoto jednak wykopali ruszy w pościg by nam wklepać, a skarby zabrać.

Z przeciwnikiem możemy usiąść do partyjki szachów. Wrogowi należy dać szachownicą po łbie i zanim gad wstanie, czym prędzej poprawić młotkiem.

        Jeśli przeciwnik wklepie nam albo my wklepiemy przeciwnikowi w zasadzie nie dzieje się nic strasznego. Szlachetny wojownik nie dobije pokonanego. Zwycięzca i przegrany skiną sobie głowami mówiąc: do następnego razu. Jeśli w starciu dwu szlachetnych przeciwników jeden zginie, triumfator potraktuje jego ciało z szacunkiem, odda ziemi bez obdzierania z dobrych butów, sakiewki, czy zegarka. Przykładem takiej w miarę honorowej walki są powieści Zbigniewa Nienackiego – cykliczne starcia Pana Samochodzika z Waldemarem Baturą. Obaj panowie stosują fortele, jednak nie podkładają sobie świni ani nie kopią leżącego. Bezwzględnie konkurują zachowując jednocześnie pewien poziom.

        Czasem nastąpi przewartościowanie. Człowiek, którego uważaliśmy za wroga dokonuje czegoś, co wymusza awansowanie go na przeciwnika. Przykład? No to dla odmiany historyczny a nie literacki: Cesarz Etiopii Theodor II Kassa zabujał się w cesarzowej Imperium Brytyjskiego Wiktorii. Wysłał swatów ale niestety brytyjski ambasador przekazał od władczyni odpowiedź odmowną. Theodor się wkurzył i kazał ambasadora wsadzić do lochu. Cesarzowa oczywiście nie puściła tego płazem i by odbić swojego sługę wysłała korpus ekspedycyjny pod wodzą lorda Napiera. Cesarz zachował się jak dzikus? Z dzikusami się nie negocjuje. Należy im wklepać. Nowoczesna angielska armia rozgromiła uzbrojone w dzidy i muszkiety oddziały etiopskie i zabrała się za szturm stolicy.

        Lord Napier miał w tym momencie Etiopię pod butem. Wystarczyło wprowadzić korpus ekspedycyjny do miasta, wsadzić cesarza do klatki, lub powiesić i przyłączyć Etiopię do imperium brytyjskiego. Cesarz Teodor rozegrał jednak ostatnią partię po swojemu. Dał list żelazny, zaprosił Lorda na kolację, raz jeszcze wyznał swoją miłość do Wiktorii, a potem wyciągnął spluwę i wypalił sobie w skroń. Szef korpusu ekspedycyjnego parząc na ciało cesarza uznał: „narozrabiał, ale poniósł konsekwencje sam poddając się karze adekwatnej do przewiny. Jesteśmy zatem kwita”. Opuścił pałac i dał armii brytyjskiej sygnał do odwrotu. Czyn cesarza, szalony, ale odwołujący się do uniwersalnego poczucia honoru, uratował niepodległość Etiopii na kolejne sto lat.

        W drugim tomie Oka Jelenia Marek wsiadając na pokład Srebrnej Łani jest dla hanzy wrogiem. Przybłędą z nikąd, który chce wykraść tytułową pieczęć – własność ligi. Zostaje potraktowany z całą surowością należną wrogowi. Plan kupców jest prosty: Najpierw tortury, potem w łeb i trupa za burtę – niech węgorze zjedzą. W chwili gdy akcja zmierza do finału, sprawy zaczynają się plątać. Na Łanię napadają duńscy piraci. Bohater staje po stronie dotychczasowych prześladowców a co więcej ratuje życie akurat tym którzy skazali go na męki.

To tworzy impas. Dla dobra ligi nadal oczywiście należało by dać mu w łeb i zakopać ale... ci którzy wydają takie rozkazy łapią się w pułapkę własnej przyzwoitości. Nie godzi się im likwidować człowieka który w obliczu wspólnego wroga ryzykując życie stanął po ich stronie... Wymusił na nich grę, awansował... Wroga można zabić. Przeciwnika należy już potraktować inaczej: uwięzić, izolować, zepchnąć na fałszywe tropy, zastosować fortele ale najskuteczniejsze metody: szantaż, okaleczenie lub eliminacja znajdują się już poza arsenałem dostępnych środków walki.

Czasem ktoś się tragicznie pomyli. Przyjaciel okaże się wrogiem. Sojusznik zwieje z łupem. Ktoś kogo uważaliśmy za godnego i honorowego przeciwnika okaże się żałosną gnidą i kanalią. Czasem okazuje się że na czele pozornie zgranego kolektywu stoją dobrze maskujące się szuje, łajzy i gówniarze. Ale czasem popełnimy pomyłki jeszcze bardziej kuriozalne...

Swego czasu gdy byłem młody, gniewny, niespełniony, miałem pusto głowie i w kieszeni patrzyłem na świat dużo ostrzej i bardziej agresywnie. Bodaj w 1997-mym roku na Krakonie spotkałem po raz pierwszy Andrzeja Sapkowskiego. Publikował wówczas od dekady. Popatrzyłam na niego. Schodził po schodach. Zwyczajny facet, trochę siwy, chuderlawy, niezbyt wysoki. Nie wyglądał groźnie. Po prawdzie nie wyglądał nawet na pisarza. Pomyślałem: zaczął dziesięć lat wcześniej. To jego główna przewaga nade mną... Nie miałem chwilowo pomysłu jak go prześcignąć. Nie wiedziałem jak strącić go z tronu. Wiedziałem tylko, że muszę go dogonić i zagryźć. Zabrałem się za planowanie strategii.

Dopiero po jakichś dziesięciu latach rozejrzałem się wokoło uważnie i spostrzegłem ku swemu zdumieniu stosy kamienia, cegły, worki z cementem. Uświadomiłem sobie, ze zgrozą, że nie jesteśmy na polu bitwy, ale na gigantycznym placu budowy, a uwijający się opodal z kielnią Sapkowski to nie wróg, ani nawet przeciwnik, ale de facto mój kumpel z roboty i sojusznik.

Budujemy piramidę, której potęga już wprawia ludzi w zachwyt i zabobonny lęk. Każdy buduje ją na swoim odcinku. Ja Dukaj, Grzędowicz i dziesiątki innych. Sapkowski nie jest naszym faraonem, nie siedzi na tronie, więc nie ma potrzeby go z tego tronu strącić. Nie rywalizujemy o koronę fantastów po Stanisławie Lemie, bo nie ma i chyba nigdy nie było takiej korony. Wznosimy piramidę. Każdy po swojemu, każdy na swoim odcinku. Im fajniej i więcej wszyscy piszemy tym bardziej rozwija się rynek. Tym lepiej powodzi się i nam i naszym młodszym kolegom i nawet debiutantom. Gdy ktoś skiepści po prostu spada z rusztowania na łeb i nie musimy mu nawet dawać przysłowiowego kopa w zad. Na budowie bywa różnie. Jednego kumpla polubimy, drugiego nie. Ale gdy brygadzista Sapkowski pcha rampą swoją taczkę cegieł, nie będę odrywał się od mieszania zaprawy by podstawić mu nogę...

O bezrobociu

Portal Niezależna.pl podał że bezrobocie wzrosło do 12,9. Szczerze powiedziawszy po najwięszym portalu opozycyjnym spodziewałem się nieco głębszego spojrzenia na problem... 

Te 12,9% jest to liczba z sufitu wzięta, nie oddająca w żaden sposób sytuacji. Oblicza się ją na podstawie liczby zarejestrowanych bezrobotnych. Powszechnie wiadomo, że wielu pracujących na czarno figuruje w rejestrach PUP'ów, a jednocześnie sensu rejestracji nie widzi masa autentycznie bezrobotnych, którym się nie chce dojeżdżać, nie stać ich na regularne wycieczki do miasta powiatowego, lub nie widzą w tym sensu. 

Ja liczyłbym to zupełnie inaczej: Liczba Polaków w wieku produkcyjnym 18-67 lat wynosi około 20 milionów. Liczba zatrudnionych około 12 milionów. Ergo: BEZROBOCIE W POLSCE PRZEKRACZA 40%.

Skąd ten wniosek? Za bezrobotnych uznać należy emigrantów zarobkowych (nie znaleźli pracy w kraju) ale  też wszystkich pseudorolników - ludzi posiadających gospodarstwa mniejsze niż granica opłacalności - ok 40 hektarów na rodzinę (to kilka procent naszych chłopów). Do bezrobotnych zaliczyć należy też studentów - gdyż po pierwsze masa ludzi studiuje tylko po to by przedłużyć sobie młodość, po drugie jak pamiętam z okresu moich studiów każdy niemal student rozpaczliwie szukał jaichś fuch i możliwości dorobienia sobie...  

Potwierdza te wyliczenia wskaźnik zatrudnienia który mamy na poziomie 55% wobeć średniej innych krajów europejskich 64-75% czy USA za Buschów - ok 85% 

Siłą rzeczy jeśli dla kraju pracuje nieco ponad połowa zdolnych do pracy obywateli to ich zarobki nie mogą być wysokie - należy ich bowiem na rózne sposoby złupić bezlitośnie by utrzymać rzeszę nierobów. Kraj taki musi też pogrązyć się w chronicznym  kryzysie. 

Znowu trotyl

"Nasi" prokuratorzy wojskowi chyba już kompletnie się poplątali w wersjach. Jedni potwierdzili obecnośc trotylu na próbkach wraku inni zaprzeczają... Pijarowcy rządu są już chyba multimilonerami - już afera z zamianą zwłok powinna zmieść tuska z powierzchni ziemi. A on trwa...  

Martwią mnie dwie kwestie. Kraj który nie umie się skutecznie upomnieć o respektowanie swoich praw  traci wiarygodność a jej odzyskanie potrwa całe lata. Po drugie w chwili gdy nasz rząd oblał egzamin okazało się, że i UE i NATO nie są warte funta kłaków. 

Wschodni fatalizm

Dyskutując z kumplem w necie przypomniałem sobie postać Zoji Anatoliewnej Kosmodiemianskiej. Młodym ludziom nic to nazwisko nie mówi. Była to nastoletnia komsomołka, zrzucona w 1941 roku za linię frontu na tyły wroga.

Zadanie jej oddziału: pozbawienie niemców kwater zimowych.

Sposób wykonania: podpalanie rosyjskich wsi żeby nie było gdzie kwaterować 

Oddział po spaleniu 10 wiosek (wraz z mieszkańcami...) wpadł w zasadzkę i hitlerowcy wybili partyzantów niemal do nogi. Zoja ocalała, przedarła się z 2 towarzyszami i ...ruszyła spalić wieś jedenastą. Zdołała podłożyć ogień pod trzy chaty. Złapali ją chłopi, obili, przekazali niemieckiej żandarmerii. Dziewczynę poddano torturom wreszcie powieszono. Jej postać szybko obrosła legendą...

Czy to szaleństwo wschodnich nacji? Palić domy własne, lub cudze byle tylko nie zamieszkał w nich wróg.  Jaki w tym tragiczny fatalizm, łączący Rosjan-sowietów i Ukraińców-upowców. Jaka czarna pustka, bezdenna odchłań najczarniejszej rozpaczy. Jaka niewyobrażlna tragedia. I jaka kompletna niewiara w możliwość odzyskania kiedyś swojej siedziby, odbicia wsi z rąk wroga... 

I z podobnego okresu przykład odmienny. W Bykowni pod Kijowem NKWD mordowało polskich oficerów. Jeden z nich używając szpilki wydrapał spiesznie na plastikowym grzebieniu nazwiska - swoje i kilku kolegów. Grzebyk ten znaleziono podczas ekshumacji w 2007-mym roku.

 Idący na śmierć zachował wiarę w Polskę. Wydrapał te nazwiska wierząc, że ten dowód kiedyś przemówi. Że przyjdzie czas gdy Polska zmartwychwstanie, a ktoś szukając prawdy o losach jej synów rozkopie tę mogiłę.

Znowu o upowcach...

Ksiądz Issakowicz-Zaleski na łamach Gazety Polskiej chwali i usprawiedliwia Akcję „Wisła” – deportację około 400 tyś. Ukraińców i Łemków. Mam tu mieszane uczucia. Rozumiem zaszłości historyczne – w tym konieczność odcięcia UPA od bazy społecznej. W ściśle uzasadnionych przypadkach dopuszczam nawet taką hańbę jak zastosowanie odpowiedzialności zbiorowej. Z drugiej strony nie mogę usprawiedliwić tej operacji.

Wojna z UPA na Rzeszowszczyźnie i w Bieszczadach to były kpiny. Polska w latach 1944-48 miała ponad milionową armię regularną. Do tego wojska KBW, UB, MO, ORMO. Dysponując takimi siłami można było przeczesać dowolny teren tyralierą. Założyć posterunki w każdej wsi i przysiółku. Można było prowadzić obserwację lotniczą. Zimą, gdy spadł śnieg a przemieszczanie się upowców było wykluczone – można było zrobić z nimi to, co opisywał „Chriń” a co zrobiło NKWD na sowieckiej Ukrainie dwa lata później – tropić po śladach i odnajdywać bunkier po bunkrze. Wystarczyło rzucić odpowiednią liczbę ludzi. Można było spośród rezerwistów wracających z niemiec wybrać ludzi z Wołynia – ci mieli z upowcami swoje porachunki – wytropili by ich w bunkrach i wyrżnęli do ostatniego.

Zwróćmy uwagę: Ukraińcy zamieszkiwali dość zwarty rejon. Obszary działań sotni poszczególnych dowódców były nieźle rozpoznane. Wśród Łemków ubecja miała swoich konfidentów. Polskie wojsko kilkakrotnie atakowało pasmo Chryszczatej i ponosiło straszliwe straty. Mobilizacja już kilku kureni dawała upowcom przewagę. Do pasma sukcesów UPA zaliczyć trzeba likwidację generała Świerczewskiego (choć ślady po bagnecie na plecach munduru tę „zasługę” przypisują raczej jego podkomendnym).

Tymczasem przeciw partyzantce poakowskiej WiN rzucano siły iście fantastyczne. Polecam lekturę książek i artykułów o „Wyklętych”. Po „Uskoka” czy „Lalka” wysyłano całe ciężarówki żołnierzy. Od razu nastawiano się na wykorzystanie miażdżącej przewagi liczebnej. Kilkudziesięciu na jednego. Kilkuset by zniszczyć jeden bunkier. Coś tu nie gra…

Przeciw oddziałom UPA liczącym może 5 tyś ludzi i posiadającym rozbudowaną agenturę rzucono nieadekwatnie małe siły (trafiłem na informację że poniżej 20 tyś żołnierzy). Po dwu latach ganiania się po lasach, grzebania zwłok i nielicznych potyczek z ciągle wymykającymi się góralami zdecydowano się na rozwiązanie totalnie - wysiedlono niemal pół miliona ludzi.

Szczęściarze pojechali na ziemie odzyskane i przeważnie wylądowali z nakazami pracy w PGR-ach. Pechowcy – a takich była większość trafili w głąb związku radzieckiego i też wylądowali w kołchozach. Różnica była taka, że kołchoźnik nie mógł kołchozu opuszczać by np. przeprowadzić się do miasta. Był niewolnikiem. Nieliczni ukrywając się po lasach przetrwali deportacje. Na terenach wcześniej zagospodarowanych powstały pustki osadnicze. Wysiedlani Ukraińcy często na odchodnym podpalali swoje domy. Scenę taką opisuje Omelajn Płeczeń – „czasem trzeba podpalić własny dom by nie zamieszkał w nim wróg”. Z kilkudziesięciu wsi pozostały fundamenty i czasem cerkiew po środku (cerkwie te państwo komunistyczne planowo niszczyło przez kolejne 30 lat).

W Wojsławicach (Chełmskie) gdzie genealogie były poplątane a rodziny mocno mieszane wysiedlenia przebiegły tak że prawosławnych uznano za Ukraińców w wysiedlono ciupasem do ZSRR. Katolików uznano za Polaków i pozostawiono w spokoju. Mój Dziadek był katolikiem i służył podczas wojny w II Armii. Jego nie ruszyli. Został. Jego brat cioteczny był prawosławny – wywieziono go z całą rodziną gdzieś za Don. Wywieziono też krewnych mojej prababki. Ich na szczęście bliżej – kilka razy dostali pozwolenie na odwiedziny. Dziadek kuzyna zobaczył już tylko raz w życiu. Dodam jeszcze że UPA w naszej okolicy prawie nie było.

Ojciec opowiadał mi że kilku „Ukraińców” czekających na deportację w obozie przejściowym w Chełmie na Rampie Brzeskiej zrobiło to samo co Płeczeń – wymknęli się nocą i spalili swoje gospodarstwa.

Mimo całego szacunku do ks. Tadeusza całkowicie odrzucam jego argumenty. W moim odczuciu walki z UPA prowadzono w zamierzony sposób nieudolnie. Być może celowo wystawiono im na odstrzał generała „Waltera”. Czy zrobiono to by zdobyć pretekst do wysiedlenia całej mniejszości, dla zawładnięcia jej ziemią i dobytkiem?