BLOG

wedrowycz banner1

Asymetria

                Papieżem został znany konserwatysta, zdecydowany przeciwnik adopcji dzieci przez pary homoseksualne. Dziennikarze oczywiście poczuli się w obowiązku natychmiast skopać Go i opluć. Pogrzebali w życiorysie i co znaleźli? Jeszcze jako biskup ostro sprzeciwiał się teologii wyzwolenia a jako kardynał podobno kilku „wyzwolicieli” zakapował juncie rządzącej wówczas Argentyną. Piszę podobno – bo dowodów na to nie ma żadnych. I po prawdzie nie musiał na nikogo donosić bo junta miała własny wywiad i słuchała kazań…

                Teologia wyzwolenia - księża-bandyci zdrajcy i heretycy wyznawcy marksa i lenina, znajdują legiony obrońców. Przeciwstawienie się lewicowym terrorystom, uzbrojonym w kałachy, mordercom kobiet i dzieci w oczach lewicowych mediów jest czym niewyobrażalnym. Wytresowane pospólstwo gotowe jest kąsać – czego dowody widać i w dyskusjach na polskich forach. Rzucona na papieża plota już zatacza coraz szersze kręgi.

                Asymetria… - to słowo nasuwa mi się ile razy stykam się z wykwitami medialnej propagandy. Najmniejsze posądzenie osoby publicznej o sympatie nazistowskie, faszystowskie, rasizm, nacjonalizm czy choćby naturalną dla większości ludzi ksenofobię potrafi zrujnować karierę. Naziści, neonaziści etc. Zostali całkowicie wykluczeni ze sfery publicznej, odebrano im wszelkie możliwości funkcjonowania w społeczeństwie demokratycznym. Jednocześnie bliźniaczy do nazizmu socjalizm postleninowski, choć co najmniej równie zbrodniczy cieszy się wszelkimi możliwymi swobodami ekspresji i ekspansji a jego przeciwnicy są natychmiast sekowani.

                Z punktu widzenia normalnego człowieka marksizm jest złem. Rewolucjoniści spod znaku sierpa i młota popełnili w Ameryce Łacińskiej niewyobrażalne zbrodnie. Gdyby kardynał faktycznie wystawił juncie na odstrzał księży którzy poparli czerwone ludobójstwo widziałbym w tym raczej zasługę a nie powód do hańby.

Gdy czerwony kogoś rabuje lub morduje jest to usprawiedliwiona okolicznościami walka klasowa. Gdy ktoś próbuje chćby napiętnować zbrodnicze działania lewaków z miejsca dostaje łatkę faszysty i jeśli ma pecha zostaje strącony w polityczny niebyt.    

Świat utracił niewinność... 

Ile to trwa

Tzn. Ile czasu zajmuje i jak wygląda "wyprodukowanie" książki - mój tekst z portalu weryfikatorium.

*

Zasadniczo wygląda to tak.

1) Piszemy książkę.

2) Wykonujemy redakcję autorską (tzn. czytamy i poprawiamy wszystko co sknociliśmy przy pisaniu...)

3) Wysyłamy.

4) Ktoś to czyta.

5) Dają znać że biorą i przekazują jakiemuś swojemu redaktorowi.

6) Redaktor redaguje czasem wypisując meile z zapytaniem "co pisarz miał na myśli w miejscach gdzie nie wynika to z tekstu"

7) Książka po redakcji wraca do autora celem drugiej redakcji autorskiej - przeglada się wszystkie uwagi redaktora i poprawia to co jest źle a tam gdzie redaktorowi się wydawało że jest źle tłumaczy się dlaczego jednak jest dobrze.

8) książka wraca do redaktora aby przejrzał uwagi autora. Czasem siada do tego jeszcze drugi redaktor by sprawdzić czy pierwszy czegoś nie przepuścił.

9) książka trafia do korekty gdzie wyłapywane są ostatnie błędy, braki przecinków etc.

10) po korekcie ksiązka może wrócić do autora celem ostatecznego zatwierdzenia

11) książka trafia do składu komputerowego.

12) ktoś sczytuje szczotkę - czyli wydruk próbny książki po składzie.

13) książka trafia na maszyny - czyli do druku.

14) gdzieś w międzyczasie ktoś robi ilustracje okładkę etc.

15) czasami ksiazka trafia jeszcze (wcześniej) do oceny merytorycznej gdzie sprawdza się czy autor nie skopał czegoś jeśli chodzi np o prawa fizyki.

16) drukarnia przesyła dzieło do dystrubucji a dystrybucja do księgarń.

17) kiedyś tam - znaczy po kilku miesiącach księgarnie przyznają się że jednak sprzedały i dopiero wtedy są z tego jakieś pieniądze.

Zasadniczo nad jedną ksiazką pracuje sztab ludzi:

1) autor

2) redakcja merytoryczna (nie zawsze)

3) redaktor

4) drugi redaktor (czasem)

5) korektor

6) składacz.

w kiepskich wydawnictwach nad ksiażką pracuje mniejsze grono - np tylko autor i składacz - ale brak redkacji i korekty jest potem widoczny i ludzie na forach się wyzłośliwiają...

Czas... Zasadniczo wymyślenie książki trwa kilka miesięcy. Jesli pisze się coś osadzonego w jakichś realiach należy posprawdzać szczegóły techniczne lub historyczne. Potem trzeba to wklepać w komuter, poprawić etc.

liczmy nie mniej niż 6 miesiecy jeśli ma sie to nadawać do czytania. jeśli pracuje się "na zakladkę" teoretycznie możliwe jest napisanie w ciągu roku 3-4 książek - ale do tego trzeba wprawy i potwornej samodyscypliny.

Człowieczeństwo i góry

W necie nie milkną echa tragedii na Broad Peak. Na forum onetu skupiającym wszelakie nastoletnie bydełko pojawiają się liczne wpisy budzące głębokie zdumienie. Ogromny odsetek użytkowników uważa mianowicie że „himalaizm to nie taternictwo” w związku z czym wolno porzucać uczestników wyprawy na pewną śmierć, wspinaczka na szczyt to wyścig szczurów odbywający się po trupach, a kto się decyduje na ten sport musi się z tym liczyć. Ci którzy zeszli żywi są w oczach masy gówniarstwa czyści jak łza.

                Smutne. Obok wpisów imbecyli jest trochę głosów rozsądku. Postawiono niewygodne pytania: dlaczego biorąc pod uwagę ekstremalność wyprawy nie przygotowano zawczasu grupy asekurującej zejście. Dlaczego nasza wyprawa nie miała w obozie ludzi gotowych podjąć natychmiastową akcję ratunkową? Dlaczego na przełęczy nie było przygotowanego awaryjnego schronienia na wypadek załamania pogody? Dlaczego doświadczony kierownik ekspedycji dopuścił do takich zaniedbań.

                Inną kwestią jest problem ciał. Standardem polskiego taternictwa od czasów J.Żuławskiego i gen. Zaruskiego jest zasada że koledzy wracają w dolinę – żyli lub nie. Tymczasem tylko wokół Mt.Everestu znajduje się około 200 ciał alpinistów. Pozostawiono je tam – w strefie śmierci.

Link dość przerażający:

http://sometimes-interesting.com/2011/06/29/over-200-dead-bodies-on-mount-everest/

                I znowu ktoś zadaje pytania – czemu kolejne ekspedycje nie zadbały by zwłoki poprzedników choćby nakryć kamieniami? Czemu nie dokonano ich identyfikacji nie ustawiono choćby tabliczek z nazwiskami? Smutne to pytania – drążące same podstawy naszego człowieczeństwa. Co gorsza wygląda na to że himalaiści w realizacji swojej pasji zapomnieli chyba o czymś bardzo ważnym…

Tekst z 2010-tego

ale nadal aktualny. Ukazał się na portalu weryfikatorium jako kontrapunkt dyskusji o tym że być pisarzem w Polsce to tragedia i trzeba zacząc od publikacji w USA

*

Ja to widzę tak: te wszystkie dyskusje o wydawaniu za granicą sprawdzają się do jednego:

                Siada sobie gostek lub koleżanka i zaczyna biadać pt. "jak mi potwornie źle że mieszkam w Polsce", "A jakbym się urodziła w USA to wtedy..." tak jak nasze aktoreczki co nie umieją zagrać, a chcą do hollywood.

               Mnie to wkurza bo najczęściej ci co najgłośniej skamlają mają zerowe sukcesy zawodowe. I wyjazd do USA w niczym by im nie pomógł.

                Całe to pieprzenie o USA to samo usprawiedliwianie się i nic więcej. Marudzicie zamiast pracować. a ja tracę czas by próbować Wami trochę potrząsnąć. Był tu wątek zatytułowany "parę groszy" czy jakoś tak. Dawałem radę jak zacząć zarabiać artykułami. Minęły ze dwa miesiące chyba albo i lepiej. Czy ktoś z wielbicieli amerykańskiego rynku wydawniczego może mi podesłać skan pierwszej zarobionej pisaniem stówki?

                Kupa Polaków pojechała pracować na zachodzie. Kto coś umiał w Polsce jakoś się tam zaczepił, porobił za połowę stawki tubylca i wraca z kasą. Większość nie umiała nic, porobiła byle co, albo nie znalazła żadnej roboty, i wraca marudząc że kapitalizm jest zły. Kupa pojechała do Anglii nie znając nawet angielskiego pomieszkała pod mostem i wraca na koszt konsulatu.

                Ludzie to jak z biznesem. Siedzi banda idiotów i marudzi że nie ma pieniędzy na początek. Ale jakby przypadkiem je dostali to by je rozpieprzyli. (vide mój kumpel co jak sie wreszcie dorwał to kasy to wtopił 40 tyś bo mu się wydawało że da sie na czymś zarobić a tu się okazało że jednak się nie da).

                Jeśli ktoś się do czegoś nadaje to pieniądze ma. Pracuje odkłada, inwestuje, pomnaża, w międzyczasie zdobywa doświadczenia które pozwalają zrobić krok do przodu. Czasem ma za mało by rozkręcić interes od razu - ale stopniowo w kilka lat dochodzi tam gdzie chciał, albo bierze kredyt i robi duży skok do przodu - bo wie jak coś zrobić i na ile może zaryzykować. Jak ktoś zaczyna od kredytu to zostanie z długami. Sorry. Życie.

               Na szczęście większość wiecznych malkontentów kredytu nie dostanie. Banki chroniąc swój interes przy okazji ratują różnych frajerów przed upadkiem...

                Maszynopisy to Wasz kapitał. Przy odrobinie szczęścia wymienicie je na pieniądze. Może kiedyś wymienicie je na dolary.

                Jak ktoś umie pisać to pisze i wydaje. Tu w Polsce. Sprawdza się. Uczy się nowych technik. Zdobywa doświadczenie. Zdobywa umiejętności. I z czasem jest gotów zrobić krok dalej. Albo tu albo gdzie indziej.

                Na naszym forum siedzi banda i skamle "jest nam źle bo nie mieszkamy w USA". Dobra. ja też nie mieszkam w USA. I...? Ok. W USA może zarobiłbym dziesięć-dwadzieścia razy więcej. Albo by przyszła wściekła feministka z karabinem i wywaliła mi dziurę w czole za łamanie zasad politycznej poprawności.

                Przyjmijmy że za pięć-dziesięć-piętnaście lat otworzy się możliwość wydawania w USA. Z moich 20-30-40 książek będę mógł wybrać 2-3-4 najlepsze i sprzedać im prawa. Przyjmijmy że na gwałt zechcą wydawać Polaków. Co wtedy zrobią? popatrzą co się w Polsce najlepiej sprzedaje. Jest szansa że moje książki będą na tyle wysoko w rankingach że zostaną zauważone.

                A wasze? Czy będą już w ogóle napisane?

               W przypadku wielu użytkowników tego forum będzie to wyglądało inaczej: jest szansa - w USA zaczęli publikować Polaków. Hurrra. To ja siadam i piszę... Eeee... Tak właściwie jak sie to robi? Ok. już po dwu latach mam napisaną powieść. Hurra. o jak to już moda minęła? I pojawi się kolejne samousprawiedliwienie: "to wszystko wina tych wrednych Pilipiuka-Sapkowsiego-Dardy to przez ich wypociny nie miałem szansy z moim dziełem..."

                Sądzicie że z amerykańcami będzie łatwo? Czy sami przyjdą (wątpię). czy do nich się pójdzie trzeba mieć argument. Jakikolwiek argument. 10 wydanych tytułów. Wysoki nakład. Tłumaczenie na języki krajów regionu. etc.

                Może być inna możliwość. Może szansa wydania w USA nie pojawi się nigdy. Co wtedy? Ja będę sobie wydawał książki w Polsce, Czechach, Rosji, może i Bułgarii. Będę z tego żył, kiedyś postawię dom, jak zechcę popływać jachtem to sobie kupię lub wyczarteruję.

                90% użytkowników tego forum będzie w tym czasie siedzieć na kasie w biedronce i pielęgnować w sobie poczucie straszliwej krzywdy spowodowane tym że nie zostali pisarzami bo nie mieszkają w USA. Potem będzie to już tylko poczucie krzywdy spowodowane tym że nie siedzą na kasie w USA. A potem zestarzeją się i umrą zostawiając wnukom teczkę z wydrukiem kawałka powieści której nigdy nie skończyli bo wredny świat nie pozwolił im rozwinąć skrzydeł...

               Miejsce zamieszkania niewiele zmienia. Tzn. jak się mieszka w Somalii to ma się przechlapane - ale pobudka - żyjemy w Polsce w najlepszym okresie historii naszego kraju. Żyjemy w świecie o którym 25 lat temu mogłem sobie pomarzyć. Rozumiecie? Rynek wydawniczy też mamy taki że 10 lat temu mogłem sobie o czymś podobnym pomarzyć.

               Gdzie tam... Nie rozumiecie. Większość z Was ma naście - dwadzieścia parę lat.

               Okres komuny to dla Was w najlepszym razie przedszkole. Nie wiecie jakie to uczucie nie mieć paszportu, i oglądać w Pewexie radiomagnetofon za 120 dolarów ze świadomością że taką Kwotę wasz Ojciec zarabia przez pół roku, albo zestaw klocków lego za 40 zielonych czyli dwa miesiące harówy z nadgodzinami i dyżurami. Jak potrzebujecie telefonu to go kupujecie w kiosku. bez czekania 20 lat i pisania podań do urzędasów. etc.

                Część z Was zaczęła czytać książki już po rewolucji którą zrobiła Fabryka Słów.

                Od dekady mamy normalny rynek. Ja korzystam, wy marzycie o USA.

               Janusz A. Zajdel czekał 3-4 lata od napisania książki do jej wydania. dziś czeka się 3 miesiące. Nienacki - za komuny autor topbestselerów multimilioner miał na koncie ze 3 miliony złotych czyli w walucie wolnego świata jakieś - bu ha ha ha ...sześć tysięcy dolarów. I był farciarzem, władza wiedziała że nie ucieknie, dawała mu paszport na kraje kapitalistyczne więc sobie parę razy jeździł do Francji i RFN.

                Dziś żyjemy w wolnym kraju. A jak nam się nie podoba mamy paszporty w szufladach. I możemy napisać co chcemy i wydać gdzie chcemy bez konieczności kiwania smutnych panów z ulicy Mysiej i bez czekania latami na przydział papieru. Możemy napisać wszystko, dostać za to prawdziwe pieniądze, kupić co chcemy i pojechać gdzie chcemy.

                A wy marudzicie jakbyście mieszkali w jakiejś Somalii.

                USA daje większe możliwości? ok. A Polska daje większe możliwości niż Somalia. Ale jak ktoś jest cienias to czy w Somalii, czy w Polsce czy w USA będzie podobnie wegetował. A jak ktoś jest dobry to sobie poradzi i tu i tam a czasem jednocześnie i tu i tam.

               W Holywood pełno jest ludzi którzy przyjechali zostać aktorami i im się nie udało. Mieszkają w kanałach i wynajmują się do sprzątania ulic by zarobić na bilet z powrotem do domu. A przecież żyją w USA - w tym USA które Wam się śni po nocach.

               Ktoś tu chciał promować polską prozę na zachodzie? pisałem już o tym: żeby móc rozmawiać z zachodem trzeba mieć argumenty. Pokazać czarno na białym że maszynopis który się przyniosło to bestseler w pięciu krajach Europy Środkowej. a lepiej przynieść pulę bestselerów dziesięciu top-autorów.

                Jak się idzie do polskiego wydawcy to trzeba pokazać że ma się 15 opowiadań wydanych w czasopismach. Tak jest wszędzie. W każdej robocie. Tak działa świat. Jak się idzie pracować w stolarni to pokazuje się dyplom ukończenia zawodówki stolarskiej, opinie rzemieślnika u którego odbyło się staż, zdjęcia z własnych realizacji etc. jak się chce zostać piratem w Somalii też trzeba pokazać ze umie się walić z kałacha.

                Niedocenieni geniusze? Nie ma niedocenionych geniuszy. Sorry. no dobra może są - 1% pechowców potwierdzających regułę. Ale - z całym szacunkiem - to raczej nie Wy. Czasem trzeba obejść 15 wydawnictw jak Rowling. Czasem mieszka się parę lat w przyczepie kempingowej jak St.King. Ale wysiłek się akumuluje.

                London, King czy Dick się nie załamywali odmowami tylko pisali nowe rzeczy. Gdy pojawiły się opcje na druk po postu składali opowiadania w zbiory i puszczali. A wy? Jeśli zapali się światełko ile zbiorów opowiadań złożycie z tego co macie w szufladach?

               Gdy przyszli do mnie z Fabryki Słów miałem 1200 stron maszynopisu gotowe.

               12 lat temu robiłem awanturę w Fenixie bo spóźniali się z wypłatą honorarium a ja akurat podarłem ostatnie spodnie i potrzebowałem dwie dychy żeby kupić nowe u chińczyka. I nie było wówczas żadnych szans wydania książki. Ale pisałem na zapas. I gdy pojawiła się szansa capnąłem ją jak rotweiler. Bo miałem zęby. Wy w większości tracicie czas na dywagacje o straconych szansach. A macie w ogóle zęby by w razie czego szansę chapnąć?

               Przestańcie zatem pieprzyć farmazony tylko weźcie się do roboty. Wtedy jest szansa ze za 10 lat wydacie coś i w USA. A na razie spróbujcie coś opublikować "w tym małym parszywym kraiku gdzie mieszkamy". I cieszcie się ze nie jesteście pisarzami w Somalii.

Wizja

Każdy ma swoją wizję tego kraju.

Moja jest prosta - trzeba stworzyć fajne miejsce gdzie każdemu Polakowi będzie w miarę dobrze. Bez nadmiernego faworyzowania mniejszości narodowych.

Gdzie o wartości człowieka będzie decydowało o kim jest i czy umie pracować. (w granicach rozsądku nie wymagajmy od inwalidów by zasuwali przy kopaniu rowów jak zdrowi)

Gdzie cwaniactwo i pasożytnictwo będą się spotykać a automatycznym ostracyzmem. (coby kolo wyłudzający rentę albo zasiłek nie był postrzegany przez krewnych i znajomych jak człowiek sukcesu tylko jak leszcz i śmierdziel)

z normalną walutą opartą np. na złocie bez sztucznego zaniżania i ustalania kursów (wedle tzw. koszyka euro powinno kosztować max. 2 zł tylko że wtedy dupnie cały nasz eksport)

Bez dopłat do eksportu i dotowania obcych firm z budżetu!

z normalną gospodarką wolną od ograniczeń i koncesjonowania (w 1989-ty 4 koncesje, dziś ponad 300 - w tym wiele nieznanych nigdzie indziej na świecie).

Z wolnością religijną w granicach rozsądku. (islam i te sprawy)
Z obecnością religii tradycyjnych dla regionu w przestrzeni publicznej.
Z konkretnymi karami za bluźnierstwa (zamiast "obrazy uczuć" - co nie znaczy nic).

Z oparciem prawa karnego i administracyjnego o systemy wartości wywodzące się z tych religii. (np. penalizacja kazirodztwa)(i żadnych elementów szariatu).

Gdzie ad definitione mieszkańcom tego kraju będzie lepiej albo co najmniej tak samo dobrze jak cudzoziemcom. Albo chociaż nie gorzej niż obcym...

(mam na myśli m.in. te wszystkie zwolnienia podatkowe dla "inwestorów" dzięki którym siec zagranicznych sklepów wykańcza szybko sklepiki tubylców...)

z wykluczaniem kłamców z przestrzeni publicznej (np. greenpeace i inne eko-naziole)

z wykluczeniem chamów i chamskiego języka z życia publicznego.

z procedurą śmierci cywilnej dla urzędasów-przekrętasów i dziennikarzy-łgarzy (np. sprawa Jedwabnego)("Wprost" właśnie odkrył niemieckie łuski karabinowe o których było wiadomo od 2002-giego).

I gdzie agresywne mniejszości dostaną po uszach po równo. (tzn. komuszki będą miały przechlapane na równi z naziolami)

bez fetyszyzacji demokracji - bo uważam że głos profesora przy urnie powinien liczyć się bardziej niż głos licealisty (choć jak patrzę na środę i resztę tych od gender studies to mam wątpliwości...) a głos rzemieślnika bardziej niż głos urzędasa.

i gdzie prawa głosu nie mają kryminaliści i bezrobotne cwaniaczki. (chodzi o to żeby o wydawaniu pieniędzy decydowali ci którzy je wypracowali)

bez cenzury i bez procesów karnych za użycie własnych definicji zjawisk ("luksemburgizm") Ale jednocześnie by żaden leszczyk nie ośmielił się zakładać strony chwalącej NKWD za Mord Katyński nawet jak jest synalkiem pani marszałek sejmu

i z sukcesywnym rugowanie wszelkich układów z przestrzeni publicznej. Jeśli ktoś ma dziadków ubeków to do stołka powinien konkurować na równych prawach z tym kto miał po drugiej stronie barykady. (oczywiście jeśli dziadków chwali lub chroni to nie ma mowy o żadnych stołkach).

z ochroną dzieci i młodzieży przed demoralizacją. (np homopropaganda skierowana do nieletnich, ale też przyjrzenie się rozmaitym treściom w programach edukacyjnych).

Z surowym prawem i konkretnymi karami dla oszustów i bandziorów.

zastanawiające

Filozofia gender studies zakłada że płci czy orientacje seksualne nie są warunkowane biologicznie lecz kulturowo. Wedle tej doktryny dziewczynki bawią się lalkami a chłopcy samochodami bo to narzuca im otoczenie. Działacze uparcie twierdzą że umysł ludzi jest plastyczny i dopuszczają szeroką swobodę jeśli chodzi o autoidentyfikację płciową.

Te same gremia dostają piany na ustach gdy tylko ktoś ośmieli się podjąć próby zmiany orientacji homoseksualistów…

Gardząc robolami...

                Polska wyprawa wyruszyła na Broad Peak. Wyprawa zasadniczo była udana – Polacy wdarli się na górę zimą i postawili nogę na szczycie. Problem w tym że dwaj powrócili szczęśliwie do bazy a dwaj inni - obecnie uznani za zaginionych - najprawdopodobniej zginęli przy próbie zejścia. Piszę najprawdopodobniej bowiem koledzy nie pofatygowali się sprawdzić.

                Czytam doniesienia i nie bardzo chce mi się wierzyć w to co widzę: Kierujący ekspedycją miał kontakt radiowy tylko z jednym schodzącym który „był bardzo słaby” i usiłował dostać się na przełęcz. Pogoda była niezła więc dziś próbowano wypatrzyć go na ścianie przez lornetki. Bez skutku. Drugi himalaista prawdopodobnie odpadł od ściany i zginął. A poza tym ekspedycja już się zbiera, likwidują bazę, a zwłoki (sic!) prawdopodobnie odnajdzie jakaś letnia ekspedycja. Zaginionych Polaków próbowali szukać Pakistańczycy – bez skutku.

                Po lekturze kilku książek opisujących początki ruchu alpinistycznego w Polsce byłem przekonany że nadal obowiązują dawne szlachetne zasady. Nikt nie zostanie porzucony w górach, grupa nie rozdziela się, pomoc nadejdzie zawsze, jeśli koledzy dotrą za późno zwłoki zostaną zniesione na dół…

                Ta wyprawa to zaprzeczenie tych zasad. Czterej poszli na szczyt. Dwaj zeszli. Dwaj zostali na górze. Przy zejściu też się rozdzielili. Tylko jeden miał radio. Próba ratunku? Brak. Tylko wypatrywanie przez lornetkę oznak życia. Szef ekspedycji zwija obóz. Bo z doświadczenia wie że tamci nie mieli szans. Choć pogoda jest dobra. Czarną robotę poszukiwawczą niech odwalą Pakistańczycy.

                Zdaje się wyleczyłem się z wiary w kolejny mit. Wspinaczka wysokogórska to najwyraźniej dziś sport uprawiany przez bogatych cyników-pragmatyków, który zatracił gdzieś szlachetne idee z czasów Jerzego Żuławskiego i generała Zaruskiego - leżące u podstaw ruchu.

                A jednocześnie Pakistańczycy – pogardzani „ciapaci”, w dodatku zapewne muzułmanie ruszyli szukać naszych. Dotarli na przełęcz. Niestety szukali bez skutku.

                *

                Ojciec opowiadał mi o praktykach odbywanych w kopalniach Wałbrzycha w latach 50-tych. Zasady panujące wśród braci górniczej były proste i surowe. Ilu zjedzie pod ziemię tylu wraca na powierzchnię. Kolegów szuka się do skutku. W razie gazów czy zawału poszukiwania można przerwać na trochę – gdy mija bezpośrednie zagrożenie – natychmiast zostają podjęte. Jeśli pomoc się spóźni na powierzchnię wynosi się zwłoki. Górnik odcięty przez zawał 800 metrów pod ziemią musi walczyć by utrzymać się przy życiu – bo wcześniej czy później koledzy przyjdą. ZAWSZE PRZYJDĄ. Akcji ratunkowej nie kończy się nim ostatni który zszedł pod ziemię nie znajdzie się na powierzchni. W latach 70-tych do jednego z zasypanych górników w skrajnie ciężkich warunkach przebijano się przez 7 dni. Ratownicy szli wydobyć zwłoki – ale uratowali go żywego.

                Zestawmy surowo przestrzegane zasady świata prostych górników, z nonszalancją bogatych inteligentów zdobywających Himalajskie szczyty…

O flakach

Normalne kraje mają Elity. Gorsze kraje mają elyty. My mamy u władzy florę jelitową…

Taki sobie projekt

                Pamiętam głębokie zdumienie które przeżyłem w 1999-tym roku. Odwiedziłem z Ojcem Norwegię. Trasa naszej podróży zahaczyła oczywiście o Oslo. Jak Oslo to oczywiście muzeum statków Wikingów. A że bilety autobusowe sakramencko drogie a my w kieszeniach mieliśmy głównie płótno z półwyspu Bydgoy do miasta poszliśmy „z buta”. Po drodze nadłożyliśmy ciut drogi by trafić na park rzeźb Vingelanda.

                Miejsce to jest „fajne okrutnie” na powierzchni ok 3 hektarów ustawiono kilkadziesiąt rzeźb w granicie i brązie, oraz mostki, fontanny kute ogrodzenia i kolumnę na pagórku. Sam Gustaw Vingeland rzeźbił to wszystko malutkie, a jego uczniowie powielali w szlachetniejszych surowcach i w odpowiednim powiększeniu. Całe założenie ukończono w trzy lata. Polecam każdemu zainteresowanie tematem, a jeśli droga zawiedzie do Oslo – warto obejrzeć to na własne oczy.

                I tu naszła mnie refleksja. Park ten odwiedzają setki tysięcy turystów rocznie. Dzięki temu nazwisko mało znanego rzeźbiarza z „prowincjonalniej” Norwegii zasłynęło na cały świat. A my? Jak zwykle sto lat w tyle za murzynami…

                A gdyby tak urządzić gdzieś w Warszawie podobne założenie? Mamy jednego rzeźbiarza o światowej renomie i niezwykle bogatym różnorodnym dorobku – Stanisława Szukalskiego. Wiele jego rzeźb przepadło w czasie wojny, ale myślę że to nie jest wielki problem. Zachowały się zdjęcia rysunki i innego rodzaju dokumentacja. Można wykonać kopie. Mussolini upozowany na wilczycę kapitolińską. Jan Paweł II jako nagi kulturysta z cepem… Park rzeźb Szukalskiego z pewnością przyciągnąłby znacznie liczniejsze rzesze turystów niż park Vingelanda.

Dziś o pomnikach

Ponieważ przyśniło mi się że oglądam rzeźby St.Szukalskiego dziś będzie o pomnikach.

                Nie milkną burze wokół pomnika Czterech Śpiących – monumentu upamiętniającego polsko-radzieckie braterstwo broni a stojącego dawniej na placu koło dworca Warszawa-Wileńska. Hania-nasza-kochana prezydent Warszawy wyłożyła ciepłą rączką 2 miliony złotych na jego konserwację.

                Sprawa jest kontrowersyjna na bardzo wielu płaszczyznach. Po pierwsze bohaterscy sowieci stali na …ukradzionym postumencie. Cokół z czerwonego Trawertynu był bowiem przygotowany przed wojna pod pomnik ks. Ignacego Skorupki – bohaterskiego kapelana poległego w 1920-tym pod Ossowem. Po drugie – nie bardzo wiadomo kto go wyrzeźbił przez długie lata jako autorów podawano zespół: dwu rzeźbiarzy sowieckich miało zaprojektować całość a grupa polskich rzeźbiarzy – wykonać. Na pocz. lat 90-tych do autorstwa rzeźby przyznał się Stefan Momot – „nasz człowiek”, ukrywający się podczas wojny w Wojsławicach, partyzant z Uchań. Po trzecie pomnik miał być zburzony już w 1992-gim roku – wybroniono go wówczas… Ciekawy jest też materiał z którego odlano figury – brąz pozyskano bowiem z zapalników niemieckiej amunicji przywiezionych z Berlina.

                Obecnie pojawił się szereg inicjatyw co dalej z tym zrobić. Co do cokołu różne grupy postulują by oddać go „prawowitemu właścicielowi” – tzn. postument wróci na miejsce a na nim stanie pomnik ks. Skorupki. Są też tacy którzy chcieliby umieścić na nim bohaterską „Inkę” – Danutę Siedzikównę. Rzeźby sowietów trafiłyby w tym przypadku do muzeum komunizmu w Kozłówce.

                Doceniając tak walory artystyczne pomnika, jak i ofiarę życia różnych nieszczęsnych sołdatów poległych na naszej ziemi w walce z niemcami, uważam że dobrym rozwiązaniem pośrednim byłoby umieszczenie figur na cmentarzu-mauzoleum żołnierzy Armii Czerwonej przy ul. Żwirki i Wigury.

                Na zwolnionym cokole wedle pierwotnego projektu widziałbym bohaterskiego kapelana, a „Ince” pomnik też postawić trzeba – placów i skwerów w Warszawie na szczęście dostatek.